Dla zdrady nie ma usprawiedliwienia

Kiedy pisze się o miłości i związkach, przychodzi moment, gdy wypada poruszyć temat stojący po przeciwnej stronie barykady. Bo przecież miłość i związek nie zawsze są „na zawsze”. Niezależnie od składanych obietnic. Uczucie wygasa, jest zabijane, zakochujemy się w kimś innym, odchodzimy.

Kto tutaj jest winny?

Do napisania dzisiejszego tekstu sprowokował mnie artykuł z naTemat, w którym Paweł szuka usprawiedliwienia dla zdrady. „Moja żona do tego doprowadziła” – pisze. Generalnie nie mam podstaw, żeby nie wierzyć w jego opowieść o tym, jaka to jego żona jest zła. Zbyt wielu znam facetów, którzy znaleźli się w podobnej sytuacji. Zbyt wiele znam kobiet, które traktują tak swoich mężów. Jego historia jest bardziej niż prawdopodobna. Mógł pójść w odstawkę, mógł czuć się niedoceniony, mógł stracić chęć i siłę do walki. Słyszałam to wiele razy. Mężczyźni niejednokrotnie ubolewali do mnie, jakie to ich partnerki są okropne i jak to oni są niezrozumiani, zaniedbani i nieszczęśliwi. To się po prostu zdarza. Faceci też mają uczucia, które druga strona potrafi dotkliwie zranić. Równie często słyszę też zarzuty od kobiet, które chciałby znów poczuć się pożądane przez swojego partnera. Chciałyby jakiejś pomocy od niego, adoracji, komplementów, inicjatywy, namiętnego seksu. Obie strony nie tak się umawiały. Miało być „długo i szczęśliwie”, a druga strona nie chce wywiązać się ze swojej części umowy.

To nie jest argument

Tylko co z tego? Czy zachowanie partnera to jakikolwiek argument za tym, żeby dopuścić się zdrady? Czy to jest jakiekolwiek usprawiedliwienie? Pisałam już o tym, że zdrada to świadoma decyzja. Chociaż tam skupiłam się na jednorazowej przygodzie, to zdania nie zmieniam. Tym bardziej, że tu ludzie idą krok dalej, bo wplątują się w romans, którego wynikiem często jest rozstanie z wieloletnim partnerem. Tym bardziej więc uważam, że decyzja jest świadoma. Nikt nie idzie do łóżka przypadkiem i nie zakochuje się przypadkiem. To nie jest „chwila” czy „moment”. To zawsze jest proces, który przechodzimy świadomi własnych działań. Dlatego twierdzę, że winę i odpowiedzialność za zdradę ponosi zawsze ZDRADZAJĄCY. Nie można się zasłaniać „ona do tego doprowadziła”, „on mnie zmusił”. W sądzie na sprawie o morderstwo też byście się tak tłumaczyli? „Wysoki Sądzie, ona mnie sprowokowała! Musiałem to zrobić!”. To po prostu tak nie działa. Zdrada jest zła i powinno się dołożyć wszelkich starań, żeby do niej nie dopuścić.

Wina po obu stronach

Oczywiście nie zaprzeczam, że rozpadowi związku winne są zazwyczaj dwie strony. Ktoś zawsze kocha bardziej, stara się bardziej i cierpi bardziej, a druga strona wtedy robi to wszystko mniej. W dodatku nie widzi i nie docenia tych całych starań. Ktoś niewłaściwie ulokował uczucia, a druga strona z tego korzysta. Innym razem obie strony pozwoliły codzienności za bardzo zdominować życie. Pozwolili by uczucie wygasło lub skutecznie je zabili pretensjami, kłótniami czy zwyczajnym brakiem dbałości o związek. Obie strony są winne, że nie kończą niesatysfakcjonującego ich związku, że trwają niekochane, nieszczęśliwe i nie pozwalają sobie na szczęście. Obie strony winne są, że pozwalają związkowi trwać, gdy miłość już dawno się ulotniła. Nadal jednak podtrzymuję – zdradzie winna jest tylko ta osoba, która się jej dopuszcza.

To nadal Twoja wina

To, że jedna strona nie daje miłości, czułości, seksu, zrozumienia, adoracji czy odpowiedniej ilości uwagi, nie jest usprawiedliwieniem do zdradzania. To wymówka, to argument dla zdradzających, żeby poczuli się lepiej. „Miałem powód”, „święty by z nim nie wytrzymał”, „tyle lat wytrzymałem wierny, chociaż ona taka była”. Myślisz, że za „wytrzymywanie” należy Ci się nagroda? Przecież to była Twoja własna decyzja!

Czasem mam wrażenie, że tacy ludzie oczekują pochwały lub poklepania po plecach, bo sami wiedzą, że zrobili źle, ale szukają dla siebie deski ratunku, okazji do wybielenia się, przeniesienia odpowiedzialności na drugą osobę. „To ona jest winna”, „To on mnie zmusił”. Serio? Do zdrady? Bo przecież nie było możliwości odejść wcześniej, prawda? Do bycia razem bez miłości też Cię partner zmusił? Dopiero kochanka oswobodziła Cię z łańcuchów? Kochanek uwolnił z najwyższej wieży? Serio?!?

Krok po kroku

Rzadko kiedy jest tak, że kochamy swojego partnera miłością wielką, gorącą i namiętną, ale pojawia się ktoś, w kim się zakochujemy jak rażeni piorunem. Chyba nie słyszałam nigdy historii, w której ktoś mówił „bardzo kochałem żonę, byłem z nią niesamowicie szczęśliwy, ale nagle pojawiła się „ona” i postanowiłem odejść”. Kobiety też takich nie opowiadają. Zazwyczaj najpierw związek zaczyna się psuć, relacja szwankować, a dopiero potem pojawia się osoba trzecia. Czasem pojawienie się kogoś na boku poprzedzone jest miesiącami starań o poprawę relacji, obudzenie miłości i odbudowę związku. Kiedy jednak czujemy, że walimy głową w mur, że tracimy siłę do walki, że porzucamy nadzieję na zmianę, to jest moment, w którym należy odejść. Powinniśmy okazać szacunek partnerowi i samemu siebie, a nie zwlekać, aż będzie na niego za późno.

Skończ z wymówkami

Dzieci nie są argumentem, żeby zostać w związku bez miłości. One tym bardziej powinny być powodem, żeby odejść w poszukiwaniu szczęścia. Jako odpowiedzialni rodzice, chyba nie chcecie uczyć swoich pociech, jak żyć w toksycznym związku? Serio myślicie, że lepsze jest słuchanie kłótni, patrzenie na ciche dni czy ludzi zachowujących się jak obcy od posiadania dwóch, ale za to szczęśliwych rodzin?

Brak kasy czy mieszkania to też kiepski argument. Lepiej znaleźć sobie jakieś źródło dochodu lub kogoś, kto wspomoże w trudnym okresie niż ciągnąć relację, która krzywdzi obie strony. Zawsze da się znaleźć wyjście z sytuacji, a zdrowsze będzie samodzielne rozwiązanie problemu i poszukanie potem odpowiedniego partnera niż rzucenie się na kogoś nowego, kto nas wyratuje z opresji.

Człowieka poznaje się po tym, jak kończy

Wiele można się dowiedzieć o drugiej osobie podczas trwania związku. Możemy poznać jej zwyczaje, charakter, dobre i złe cechy, to jak żyje, gdy wszystko jest dobrze oraz jak radzi sobie z problemami. Prawdziwym sprawdzianem jest jednak zawsze rozstanie, czas przed nim i po nim. Zawsze warto odejść z klasą, ale niestety nie każdy to potrafi. Warto jednak próbować przynajmniej dla siebie. Zwłaszcza dopóki istnieje szansa, że zachowanie twarzy będzie jeszcze możliwe. Co nie jest realne, gdy powodem rozstania jest osoba trzecia.

Podobał Ci się ten tekst? Udostępnij go znajomym!
Share on Facebook20Share on Google+2Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn0Email this to someone
  • Nie uznajemy czegoś takiego, że nagle ktoś się pojawi i partner odchodzi, bo mu się przypomniało w 3 minuty, że jest nieszczęśliwy. Tak, jak piszesz, jeśli ktoś ma zamiar odejść to lepiej zrobić to wcześniej, niż po fakcie dokonanym.

  • Nie tracę nadziei, że kiedyś się ludzie tego nauczą 😉

  • Na początek: naTemat zerżnęło ten tekst od Fabjulus. Ona napisała, oni pozmieniali by wyszło, ze niby ich.

    Po drugie: w wierność najlepiej nie wierzyć, to wtedy nie ma problemu ze zdradą. Tyle w temacie.

  • To nawet nie wiedziałam. Trafiłam do nich przez przypadek.

    Nie podoba mi się natomiast Twoje podejście z niewiarą w wierność. To trochę smutne z mojej perspektywy.

  • Nie czuję się smutna, ani nieszczęśliwa z powodu takiego podejścia. Wręcz przeciwnie. Dzięki temu temat zdrady nie dotyczy mnie nawet teoretycznie. Poza tym ja uważam wierność za nienaturalną dla gatunku ludzkiego.

  • Nie mówię, że Ty jesteś lub powinnaś być smutna. Ja mówię o swojej perspektywie, bo dla mnie wierność jest ważna.

    No i skoro nie wierność to co? Otwarty związek? Bycie razem i sypianie z innymi, gdy najdzie taka ochota?

  • Nie wierzę w otarte związki, to nie ma prawa się udać. Ja po prostu nie zakładam, ze facet jest mi wierny,a le też nie zakładam, że mnie zdradza.
    Mniej wiem, lepiej śpię i tyle.

  • Ok, bo ja to myślałam, że jak wierność nie istnieje, to sypiamy z kim chcemy czyli jakby otwarte związki, a w to też zupełnie nie wierzę 🙂

}