Dzień w kinie

Co prawda jeszcze lipiec się nie skończył i jeszcze w planach dwa filmy przed nami, ale cztery, które z Diabłem obejrzeliśmy ostatnio, jak dla mnie, wystarczą na dzisiejszy wpis. Jak zwykle po czasie w stosunku do premier, ale może kiedyś się poprawimy. No to zaczynamy.

Iluzja (Now You See Me)

Film był dla mnie rewelacyjny i na pewno obejrzę go wiele razy, bo stanie się elementem naszej kolekcji blue-ray. Cieszę się, że zobaczyłam w nim Morgana Freemana, bo choć zagrał postać wredną i trochę głupią, to i tak go bardzo lubię. Mark Ruffalo tym razem nie przemieniający się w Hulka też był fajną i świetnie zagraną postacią w „Iluzji”. W zasadzie to film podobał mi się cały i nawet nie bardzo mam się do czego przyczepić. Nawet fabuła, mimo kilku niedociągnięć, dała radę. Dla tych, którzy nie wiedzą o co chodzi, krótki opis.

Patrzcie z bliska, bo im bliżej jesteście, tym mniej zobaczycie.

Kilku iluzjonistów zostaje zwerbowanych do jakiegoś wielkiego projektu przez tajemniczą postać. Po jakimś czasie z mało znanych złodziejaszków i oszustów przemienili się w prawdziwe sławy. W trakcie pierwszego z trzech głównych przedstawień okradają bank, a pieniądze oddają publiczności. Dzięki temu stają się obiektem zainteresowania FBI. Oczywiście śledztwo jest mało skutecznie i za każdym razem agenci są robieni w balona, bo nasi bohaterzy wyprzedzają ich przynajmniej o kilka kroków. Skutkuje to większym zainteresowaniem ich spektaklami, bo jak wiadomo media również sprawę śledzą uważnie. Uczepił się też ich były magik grany przez Morgana Freemana, żeby zdemaskować ich sztuczki. Momentami człowiek gubi się czy on pomaga im czy policji.

Całość filmu zrobiona świetnie. Ogląda się przyjemnie, bo mamy wszystko – ciekawą akcję, dobre efekty i fajną grę aktorską. Trafiły się nawet dwa wątki miłosne, które na szczęście nie spowolniły akcji filmu, a w przypadku pary iluzjonistów zaowocowały kilkoma śmiesznymi sytuacjami. Patrzyłam przez cały czas z rosnącą ciekawością, co będzie dalej, jaki kolejny trik wymyślą i kto okaże się pomysłodawcą całego planu. Oczywiście nie domyśliłam się, bo na koniec okazało się, że widzowie też dali się nabrać i nic nie było takie, jak wydawało się na początku. Osobiście gorąco polecam obejrzenie filmu „Iluzja”.

Pacific Rim

Na ten film szłam z niepewnością. Kosmici walczący z robotami, czy to może być fajne? Miałam poważne wątpliwości, bo choć trailery wydawały się ciekawe, to obawiałam się, że pokazały wszystkie fajne elementy filmu. Jednak „Pacific Rim” bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Bardzo dużo, bardzo fajnej, trzymającej w napięciu akcji, i świetnie zrobione efekty. Jeśli ktoś zachwycił się trailerem, film urzeknie go jeszcze bardziej.

Film opowiada o tym, że do naszego świata przez portal ukryty w otchłani Pacyfiku przedostają się olbrzymie bestie nazwane Kaiju. W odpowiedzi ludzie budują gigantyczne roboty – Jaegery, które są sterowane przez ludzi. Oczywiście w trakcie filmu potwory ewoluują i rosną, a coraz lepsze roboty mają coraz większe problemy z ich pokonywaniem. Jednak nikt nie traci nadziei. No może poza rządem, który postanowił odciąć fundusze, ale to nie zniechęca generała kierującego akcją i w ostatecznym starciu roboty jednak biorą udział.

Oczywiście wiadomo, że film jest bardziej bajką niż wizją przyszłości, ale nie zmniejsza to przyjemności z oglądania. W „Pacific Rim” dzieje się tyle, że widząc napisy żałuje się, że nie można cofnąć i puścić go od nowa. Sceny walk między Jeagerami i Kaiju są świetne, wątki przeplatające się z akcją są odpowiednio krótkie, żeby nie zanudzić widza. W dodatku Charlie Hunnam często pokazuje się bez koszulki, więc i kobiety mają w tym filmie coś dla siebie.

World War Z

W zasadzie to nie powinnam go opisywać, bo jestem totalnie rozczarowana. Jak ktoś chce oszczędzić sobie czasu, to powiem, że trailer w zupełności wystarcza, bo nic ciekawszego w filmie nie zobaczycie. W dodatku napiszę, jak się skończy, więc chętnych na zaoszczędzenie kilku złotych zapraszam do kontynuacji czytania. Jedyny pozytyw „World War Z”, przynajmniej dla mnie, to Brad Pitt, chociaż nawet się nie rozbierał. Reszta dla mnie była jedną wielką kupą. Pomijam już, że film opowiadał o zombiakach, co z założenia trąci parodią, to masa akcji była po prostu beznadziejnych. Miałam ochotę tych aktorów pójść i strzelić w łeb za ich głupotę. Jedyną pozytywną rzeczą jaką ten film mi uświadomił – w przypadku jakiejś apokalipsy trzeba mieć stary telefon komórkowy, który trzyma na baterii tydzień. Padającego po dobie smartphone’a raczej nie da się naładować podczas ucieczki przed krwiożerczym zombie, a kontakt ze światem bywa pomocny.

Jeśli chodzi o fabułę to na początku mamy całkiem zwyczajną rodzinkę, w której tatuś (Pitt) smaży córkom naleśniki na śniadanie i odwozi do szkoły, a żonę do pracy. W tym czasie wybucha epidemia, która zainfekowanych przemienia w krwiożercze zombie. Szczęśliwej rodzince jednak udaje się tak długo uciekać, by w końcu zostać uratowanym przez helikopter z ONZ. Gerry jest byłym pracownikiem, który zrezygnował z pracy w ONZ dla rodzinnego życia. Teraz jednak w zamian za ochronę rodziny, ma wziąć udział w misji, której celem jest odnalezienie źródła epidemii. To jest też moment, w którym logiczne fragmenty filmu się w zasadzie kończą.

Głupota zaczyna się w momencie, gdy spec od epidemii wystraszony przez zombie podczas ucieczki potyka się i strzela sobie w głowę. Potem mamy scenę, gdzie mało inteligentna, siedząca w bezpiecznym miejscu żona dzwoni do przebywającego w niebezpiecznych warunkach męża, który jeszcze mniej inteligentnie nie wyłączył dzwonka w telefonie. Oczywiście dzięki temu cicha akcja uzupełnienia paliwa, kończy się walką z zombiakami, bo dźwięk je przywołuje. Następna akcja w Izraelu, kiedy szczęśliwi oddzieleni od zombie murem ludzie urządzają sobie imprezkę. Jak poprzednio, głośne śpiewy i muzyka na nasze potworki działa jak ogłupiający wabik i jeden po drugim, tworząc wierzę, przedostają się przez mur, który oczywiście nie był patrolowany. Ostatnia akcja jaką zdradzę, bo na więcej szkoda tekstu, to moment, w którym podczas spaceru po siedzibie WHO razem z dwójką ludzi Pitt skrzypiące drzwi w celu uniknięcia hałasów unieruchamia siekierą. Pomysł nie wydawałby się taki głupi, gdyby nie fakt, że przy łomie i bejsbolu, siekiera była najlepszą bronią jaką mieli, żeby nie robić hałasu. Dodam jeszcze tylko, że częściowym rozwiązaniem problemu okazało się zainfekowanie ludzi jakąś śmiertelną, ale uleczalną chorobą, bo to sprawiało, że zombie traciło zainteresowanie. Ludzie mogli więc poruszać się bezpiecznie i przy okazji zabijać zombie. No i już do kina iść nie trzeba.

Gorący Towar (The Heat)

Czasem lubię, tak dla odmiany obejrzeć jakąś komedię i po dwóch filmach o zbliżającej apokalipsie, „Gorący Towar” wydawał się ciekawą opcją. Momentami film bawił mnie do łez i muszę stwierdzić, że dawno nie widziałam tak zabawnej komedii. Głównym zadaniem bohaterów filmu było rozgryzienie grupy morderców i dilerów narkotyków. W tym celu egoistyczna, arogancka, wszechwiedząca i strasznie sztywna agentka FBI, zmuszona jest do współpracy z nieobliczalną, niechlujną i wulgarną miejscową policjantką, której boją się wszyscy z komendantem na czele. Mieszanka skrajnie różnych charakterów sprawia, że filmowi nie brak śmiesznych sytuacji. Co ciekawe to sztywna agentka przechodzi największą zmianę i staje się bardziej wyluzowana. Natomiast niechlujna i nieobliczalna policjantka jedynie uczy się współpracy z drugą osobą, ale jej metody i zachowanie nie ulegają zmianie. Wspólny cel, przejścia i zakrapiana impreza sprawia, że dziewczyny w końcu się dogadują i zaczynają być skuteczne.

W filmowych planach mam jeszcze „Wolverine” i „Red 2”, których premiera będzie już w najbliższy piątek.

Przy okazji zapraszam do zaglądania też tutaj.

}