Go-go w Sogo

Ponieważ obiecałam Diabłowi, że się wybierzemy i miałam też powoli dość jego „marudzenia”, że odkładamy to od miesięcy, znów wybraliśmy się do nocnego klubu.

Z powodu mojej ogólnej niechęci nabytej po poprzednim razie, wybraliśmy inny klub z nadzieją, że będzie lepszy i nie zawiodłam się aż tak bardzo. Sogo poprawiło mój obraz tego typu rozrywek, chociaż nie obeszło się bez narzekania. Widać nawet moje wyobrażenia i wymagania są spaczone i zawyżone przez filmy.

Klub praktycznie nie zmienił się wyglądem od czasów, kiedy jako zaczynająca pełnoletniość licealistka odwiedziłam go pod nazwą Tango&Cash na imprezach organizowanych przez Radio Kolor. Podstawową różnicą jest podest z rurami, którego wcześniej tam oczywiście nie było. Reszta wydawała mi się mniej więcej taka sama.

Pomijając nasz standardowy przesadny krytycyzm, to panienki były tam zdecydowanie atrakcyjniejsze niż w Sofii. Miały ładniejsze figury i więcej silikonu. Poziom tańca wciąż nie zachwycał, ale było kilka sztuk, które wiedziały, co się robi z rurą. Widać było, że poza inwestowaniem w cycki, zdecydowały się jeszcze na zajęcia z pole dance. Niektórzy lubią nawet taką pracę, chociaż zawsze mnie zastanawiało dlaczego? Niestety takie dziewczyny były w mniejszości, a „królowały” beztalencia, które ledwo uśmiech potrafiły na twarz przywołać. Przy czym ja osobiście prędzej nazwałabym to grymasem.

Spędziliśmy tam sporo czasu i obejrzeliśmy wszystkie dziewczyny. Szału nie było, choć kilka nam się w miarę spodobało i potwierdziliśmy, że mamy taki sam gust nawet do kobiet. Udało nam się też na drodze głosowania jedną wybrać na taniec dla Diabła. Niestety uprzedził nas jakiś obleśny grubas i wszystko popsuł. Nie mogłam bowiem pozbyć się myśli, że ona jest wymacana tymi obrzydliwymi zasikanymi łapskami i cała się lepi. To jak jedzenie orzeszków w barze – tego się po prostu nie robi! Bleeeee…

Diabeł się troszkę wkurzył i rozczarował. Widać na tańcu zależało mu odrobinę bardziej niż się do tego przyznawał. Popsułam mu wieczór ;-). Mówi się trudno. Taka jest cena, jak się chce, żebym mówiła wszystko, co myślę i czuję ;-). Poza tym, tamtej dziewczyny i tak byśmy zamówić nie mogli, bo po publicznym tańcu na grubasie, razem z nim udała się na „pięterko”. Jak się okazuje – Sogo oferuje nieco więcej niż tylko możliwość popatrzenia na tańczące panie. Prawie jak na targu – pooglądasz, pomacasz i decydujesz czy kupić 😉

Są jednak pozytywy. Tym razem nie uznałam tego wyjścia za całkowitą stratę czasu i kasy, więc przy najbliższej wycieczce do innego miasta zapewne odwiedzimy jakiś nocny klubik dla porównania z tymi warszawskimi. Może gdzieś uda się odnaleźć taki z idealnie pięknymi i super tańczącymi paniami 😀

}