Hobbit: Pustkowie Smauga – recenzja

Ten rok wyjątkowo zaczyna się kulturalnie. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie. Oczywiście nie przedkładam książek i filmów nad seks. Nie śmiałabym. To zwyczajny zbieg okoliczności. No i zasługa Diabła, który postanowił mi w piątek zrobić niespodziankę. Byłam pewna, że odwieziemy jego mamę na polskiego busa, on pojedzie do pracy, a ja wrócę do ciepłego łóżeczka odespać poprzednią noc. Nie dostałam jednak takiej możliwości. Diabeł wziął dzień urlopu i zabrał mnie na randkę. Do kina. Na nowego Hobbita.

Zacznę może od narzekania, bo niech mi ktoś wytłumaczy, dlaczego Legolas w Pustkowiu Smauga jest starszy niż ten z Władcy Pierścieni? Tzn. poza oczywistym faktem, że się wziął i zestarzał. Bo tyle to ja sama wiem. Tylko przy tych ich wszystkich sztuczkach, nie mogli go jakoś delikatnie odmłodzić? Czy może myśleli, że nikt nie zauważy? Tak jak tego, że Bilba odmłodzili, bo w przebłysku wspomnień z Drużyny Pierścienia też pokazany był starszy (stary) niż potem w Hobbicie. Niby drobnostka, a jednak drażni.

Przyczepię się jeszcze do dziwnej dłużyzny tego filmu. Pod koniec już zaczynałam kręcić się niecierpliwie w fotelu z nadzieją, że wreszcie zobaczę napisy. Większość scen była zbyt długa, przeciągana na siłę i nic nie wnosiła do filmu. Z tego wszystkiego aż postanowiłam przeczytać jeszcze raz książkę, choć doskonale wiem, że króciutkie dzieło Tolkiena zostało w filmie rozciągnięte. Nie mniej jednak patrząc na drugą część, myśląc o wcześniejszej, nie mogłam pozbyć się z głowy tego zdjęcia:

hobbit-orzel

To jeszcze nie koniec mojego marudzenia. Przypomniało mi się, że nie bardzo rozumiem czemu Gandalf jest taką pizdą. Ja oczywiście staram się zrozumieć, że nie każdy czarodziej musi być od razu super bohaterem, ale ten wyjątkowo często dostaje po dupie. Może to taki specjalny zabieg, żeby nie wyszło, iż zło zawsze wygrywa. No ale bez jaj. W każdej części zostaje uwięziony. Tak samo zresztą jak cała reszta. Perfekcyjnie opisał to Ohydo twierdząc, że film można skrócić do tego, że bohaterowie biegali, wpadali w tarapaty, byli ratowani, a potem znowu biegali… i tak kilka razy. Ot cała historia.

Są jednak plusy. Przynajmniej dla mnie, jako kobiety. W tej części jakoś więcej w oczy wpadał mi Thorin. Z jakiegoś niezrozumiałego dla mnie powodu gość mi się podoba. No może poza dłońmi. Jednak twarz, włosy i głos… a i wzrost, bo pewnie bym do niego pasowała. Też kiepsko szło mi odrastanie od ziemi. Nawet brak brązowych oczu mu jestem w stanie wybaczyć. Sam film ogólnie był spoko. Było trochę głupich akcji, było za długo, ale oglądało się przyjemnie. Lubię takie historie, nierealne baśniowe scenariusze i świat pełen magii. Za to Tolkien zawsze będzie miał u mnie plusa, nie zależnie od tego jak bardzo scenarzyści popsują jego dzieło. I jeśli ktoś by mnie zapytał, czy warto się wybrać na Hobbita do kina, powiedziałabym TAK.

}