Konferencja w Krakowie

Lubię Kraków i zawsze z przyjemnością się do niego wybieram. Ostatnim razem okazja trafiła się, bo Diabeł jechał z pracy na konferencję. Musiałam pokombinować w swojej, ale wszystko się udało.

Zarówno hotel Swing, jak i nasz pokój zrobił na nas bardzo pozytywne wrażenie. Ładnie, schludnie. Taka prosta elegancja.

Widok z okna średni, bo na Park Wodny i Real, ale nie widoki z okna przyszliśmy podziwiać.

Po zameldowaniu i prysznicu poszliśmy podbijać Krakowskie parkiety. Byłam pełna obaw po majówce, ale siedzenie w domu nie wchodziło w grę.

Na pierwszy ogień wybraliśmy pub o wdzięcznej nazwie „Zaraz wracam”. Na jego tyłach znajduje się oddzielna sala, w której salseros mają swój świat. My niestety zabawiliśmy tam mniej niż pięć minut, bo królowała, jak poprzednio, cubana, a to nie nasz styl. Jednak ludzi trochę było, parkiet niezły, miejsca całkiem przyzwoicie, a w pomieszczeniu dość chłodno, co było zapowiedzią dobrych warunków klimatycznych w trakcie imprezy. Fanom cunany na wtorki można polecić.

My jednak swoje kroki skierowaliśmy do Cafe Foyer. Tym razem mieliśmy szczęście i lokal był otwarty. Puszczali linię i bachatę, więc nawet się wytańczyliśmy. Poziom tańca nie zachwycał, ale nie chodzi o umiejętności, bo przecież każdy kiedyś zaczynał. Bardziej martwi nas widoczny wszędzie (w Warszawie też) brak kultury tańca. Parkiet był malutki, ale par na nim niewiele, więc ciągłe wpadanie na siebie było absolutnie nieuzasadnione. Szkoda, że instruktorzy przestali uczyć savoir-vivru na parkiecie. Nie mniej z Diabłem bawiliśmy się bardzo dobrze.

Kierowani już tylko ciekawością, postanowiliśmy sprawdzić ostatni klub z listy. Typowo salsowy El Sol. Od majówki nic tam się nie zmieniło. Lokal ma klimat, jaki wyjątkowo do salsy mi pasuje. Wygląd współgra z moimi wyobrażeniami o takich miejscach. Muzyka dla nas też jest odpowiednia. Brakuje tam tylko dwóch rzeczy: dobrego parkietu, bo na tych płytkach tańczyć się nie da i ludzi, bo po raz kolejny lokal świecił pustkami. Tak samo jak poprzednio, gdy weszliśmy tańczyła tylko jedna para i gdzieś w jednym z kątów klubu siedziało kilka osób. Trafiliśmy z Diabłem na bachaty. Po zatańczeniu wszystkich wyszliśmy. Nie było po co zostawać dłużej.

Tym razem jednak nie byłam rozczarowana wieczorem. Częściowo to zasługa majówki, bo nie oczekiwałam niczego więcej. Zdecydowanie jednak to dzięki Diabłowi, z którym cudownie tańczyło mi się tych kilka kawałków. Poza tym wszystko nam się rewelacyjnie układało, więc i humory mieliśmy wyśmienite.

Na koniec jeszcze udało nam się znaleźć otwarty nocą Zapiecek. Polecam wszystkim pierogomaniakom. Ceny od 21:00 niższe o 10%, ale jedzenie tak samo pyszne jak za dnia. Pochłonęliśmy swoje porcje i mimo początkowego pomylenia przystanków, zdążyliśmy na nocny. Tego, co działo się w hotelu już opisywać nie będę. Zbyt prywatne 😉

Podobał Ci się ten tekst? Udostępnij go znajomym!
Share on Facebook0Share on Google+0Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn0Email this to someone
}