ciaza-ciąża-pregnancy-pregnant

Najpiękniejsze 9 miesięcy mojego życia

Jestem już na etapie, w którym z niecierpliwością odliczam dni do porodu. Z tym większą, że to coś, czego absolutnie nie jestem w stanie przewidzieć. Mogę bowiem zbierać się na porodówkę zarówno za kilka godzin, jak i za kilkanaście dni. Muszę Wam powiedzieć, że to bardzo niekomfortowa sytuacja. Jestem totalnie bezsilna i nic nie zależy ode mnie. To moja córka podejmie swoją pierwszą w życiu decyzję.

Na razie wydaje się jednak totalnie niezdecydowana. Niby demonstruje swoimi ruchami, że jej źle i za ciasno, ale jak grzecznie pytam, kiedy łaskawie zamieni mieszkanie na większe – milczy. Mogłaby przecież w jakiś sposób wykopać czy też rączką wystukać mi jakąś datę. Już nawet próbuję pytań z odpowiedziami typu „tak czy nie”, ale to też nie pomaga. Woli rozpychać się walcząc o więcej miejsca niż wyjść i wreszcie nas poznać. Mi zaś pozostaje uzbroić się w cierpliwość i czekać. Postanowiłam więc zabić trochę czasu opowiadając Wam, jak wyglądała moja dziewięciomiesięczna droga do bycia mamą.

Na wstępie przyznam się, że trochę obawiałam się ciąży. Głównie z bardzo błahych i egoistycznych powodów – że przez pierwsze miesiące będę musiała romansować z muszlą klozetową z powodu mdłości, że zrobię się gruba, że przestanę kręcić mojego partnera z powodu ciążowej figury, że będę mieć paskudne rozstępy, że zrobi się ze mnie rozemocjonowana płaczka lub czepiająca się o wszystko zołza, że będę mieć kalafior zamiast mózgu, że nie będę mogła kontrolować swojego ciała, że będę musiała kupić ciążowe ciuchy (a ja tak nie lubię robić zakupów), że poród będzie bolesny i w końcu, że dziecko przecież wszystko zmienia, a mi jest cholernie dobrze i wygodnie tak, jak teraz. Bałam się, że po zobaczeniu dwóch kresek już nigdy nic nie będzie takie samo. Czy słusznie? Chodźcie, to Wam opowiem.

Miesiąc pierwszy

Liczenie wieku ciąży jest dość zabawne, bo rozpoczyna się w momencie, w którym kobieta w niej jeszcze być nawet nie może. Data ostatniej miesiączki jest jednak wybrana ze względu na panie, które nie mają zielonego pojęcia, którego dnia występowała owulacja. To wygodne dla każdego – zarówno dla przyszłej mamy, jak i lekarza. Ja miałam ten komfort, że o swojej ciąży wiedziałam od samiusieńkiego początku. Takie to już uroki starania się o dziecko i dobrze rozwiniętej kobiecej intuicji. Serio, w momencie, w którym zaczął mi się szczęśliwy cykl, byłam absolutnie pewna, że właśnie tym razem się uda. Co ciekawe, wyjątkowo nie potwierdzały tego żadne objawy. Do dnia zrobienia testu miałam przez to obawy, że moja intuicja sobie ze mnie zwyczajnie żarty robi.

Miesiąc drugi

Trzymasz sobie ten kawałek plastiku potwierdzający, że od kilku dni nie jesteś już w swoim ciele sama. Wtedy zaczyna się gonitwa myśli, radość lub przerażenie. W moim przypadku oznaczało to też konieczność natychmiastowego działania, bo jak pisałam w innym tekście, była to kolejna ciąża po poronieniu. Toteż pomiędzy wizytami u lekarzy i badaniami, wyczekiwałam jakichś objawów, które mogłyby mnie uspokoić. Niestety organizm postanowił nie ułatwiać mi w tej kwestii i chyba w ramach rekompensaty za poprzednie straty, dał wolne. Wszystkie staraczki na pamięć znają listę objawów – poranne mdłości, częste chodzenie do toalety, okropne zmęczenie i wiele innych. U mnie nie pojawiło się nic poza zmęczeniem, które ciężko było powiązać z ciążą – koleżanki z pracy częściej używały zwrotu „spać mi się chce” ode mnie, a żadna z nich nie spodziewała się dziecka. No dobra, był jeszcze jeden objaw – powiększyły mi się piersi. Były też przez jakiś czas trochę bolesne, ale zdecydowanie to rozmiar miał tutaj znaczenie, bo musiałam zakupić nową bieliznę. Jeśli ma się fajnego lekarza lub pójdzie prywatnie, można już na USG zobaczyć swoje dziecko, które nie jest już „słynną” fasolką. Nasze przypominało misia z dziecięcych rysunków – 4 malusie kółka czyli rączki i nóżki, jedno dużo większe czyli głowa i trochę jajowate czyli brzuszek z pupą. W połączeniu z usłyszeniem bicia serduszka, budzi to jedno z najwspanialszych uczuć na świecie.

Miesiąc trzeci

Dodatkowe objawy dalej się nie pojawiały. Spałam nieco więcej, więc zmęczenie nie wydawało się dokuczliwe. Większe cycki cieszyły oko. Waga trochę się wahała, ale było to lekkie spadanie w dół i wracanie do poprzedniej. Trochę stresu wniosło badanie prenatalne, które pozwala ocenić ryzyko wystąpienia m.in. zespołu Downa. Jednak tutaj też mieliśmy szczęście. Nasze dziecko z każdym badaniem coraz bardziej przypominało człowieka i dowiedzieliśmy się, że ten człowiek najprawdopodniej będzie dziewczynką. To mnie akurat odrobinę zasmuciło, bo bardzo chciałam chłopca. Pociechę stanowiło jednak to, że maleńka jest zdrowa i zbliża się moment, w którym ryzyko poronienia bardzo spada.

Miesiąc czwarty

To ten czas, kiedy możesz zacząć chwalić się wszystkim, że jesteś w ciąży i zbierać gratulacje. To zdecydowanie poprawia humor. U większości kobiet mijają też wtedy dokuczliwe objawy pierwszego trymestru. Mi poza zmęczeniem nie miało co minąć, więc nawet nie poczułam różnicy. Z racji zimy i tak nie miałam ochoty wychodzić spod kołdry. O niechęci do chodzenia do pracy nie wspomnę. To znaczy sama robota nie była zła, ale zawsze trafi się jakaś „dobra” koleżanka, która będzie bacznie Cię obserwować, by powiadomić o powiększającym się brzuchu czy też zaokrąglonej już lekko twarzy. W moim przypadku słuchanie takich komentarzy było dość zabawne, bo waga dosłownie stała w miejscu. Skąd więc niby rzekome zmiany w wyglądzie? Pojęcia nie mam. Pewnie z zazdrości osoby dzielącej się swoimi spostrzeżeniami.

Miesiąc piąty

W moim przypadku był to okres wielkiej radości. Nie dość, że mogłam wreszcie odpocząć na L4, to jeszcze się zaręczyłam podczas wyjątkowego weekendu w Londynie. Dorzucę też fakt, że w połowie tego miesiąca zaczęłam czuć ruchy mojej córeczki. Oswoiłam się też z faktem, że nie będzie chłopcem. Życie. Łatwiej przywyknąć było również dlatego, że Narzeczony wybrał imię, które od razu mi się spodobało. Miałam coraz więcej energii i genialny humor. Nie doświadczałam żadnych przykrych objawów, a brzuch nie bardzo chciał się pojawiać. Nie, żeby było mi przykro z tego powodu. Nawet pytania „to Ty na pewno w ciąży jesteś?” sprawiały mi radość. Połowa ciąży, a ja czułam się najnormalniej w świecie. Wciąż mieściłam się w swoje przedciążowe ubrania. Czułam się piękna, seksowna i pożądana. Poza wolnym od pracy zupełnie nic się w moim życiu nie zmieniło. Nawet na tańce chodziliśmy tak samo. Oczywiście dopóki nie skręciłam nogi w kostce, ale poza okolicznościami wypadku (wychodzenie ze szkoły rodzenia) nie miało to niczego z ciążą wspólnego.

Miesiąc szósty

Jakby się tak dobrze przyjrzeć, to nawet było już widać brzuszek. Oczywiście wtedy, gdy nie trzymałam pleców prosto. Jednakże ktoś kto o moim odmiennym stanie nie wiedział, mógł pomyśleć, że się przejadłam lub powinnam zacząć ćwiczyć, bo całość spoko, ale ten brzuch coś nie tego. No właśnie – mimo powolnego przybierania na wadze dalej mieściłam się w swoje przedciążowe ciuchy. Nieśmiało przeglądałam strony z uroczymi koszulkami dla przyszłych mam, ale byłam już więcej niż pewna, że zakup jakieś nie ma żadnego sensu – zanim się nią nacieszę, zdążę urodzić. Moja poważnie skręcona noga powoli zaczęła dochodzić do siebie. Co prawda ze stabilizatorem, ale mogłam chodzić normalnie. Dobry humor mnie nie opuszczał. Córka szalała w brzuchu, ale reszta pozostała bez zmian. Mózg pracował dokładnie tak samo, jak przed ciążą. Żadnego kalafiora, żadnych skutków ubocznych stanu błogosławionego. Żadnych korzyści również, bo nawet o miejsce siedzące w autobusie prosiłam ze względu na nogę.

Miesiąc siódmy

Dalej nie czułam się w ciąży. Niby na USG już tyle razy widzieliśmy naszego samodzielnie stworzonego człowieka. Niby czułam jej ruchy wyraźnie i często. Tylko jakoś przez większość czasu zupełnie nie czułam tego, że mój stan jest inny niż był ponad 7 miesięcy wcześniej. Nic się w moim życiu nie zmieniło. Wolno rosnący brzuch i powolne przybieranie na wadze nie stanowiły problemu. Nie odczuwałam tego zupełnie. Mogłam normalnie wykonywać wszystkie czynności – wiązać buty, schylać się, podbiegać do autobusu, wchodzić po schodach. Nawet dbanie o paznokcie u stóp nie było wyzwaniem. W dodatku bez problemu znajdowałam w szafie ciuchy, w których czułam się i wyglądałam dobrze. Mogłam więc sobie dalej prowadzić swoje zupełnie normalne życie.

Miesiąc ósmy

Wreszcie zaczęłam wyglądać jak kobieta w ciąży i nawet ludzie zaczęli to zauważać. Część oczywiście próbowała udawać, że wcale nie mam prawa być przepuszczona w kolejce w sklepie czy usiąść w komunikacji miejskiej. Większość jednak podchodziła uprzejmie, życzliwie i z uśmiechem. Ludzie ustępowali, przepuszczali i zagadywali o różne rzeczy związane z moim stanem. Tylko kilka osób wykazało się brakiem taktu i zmacało mój brzuch bez pytania. Reszta, na ich szczęście, trzymała ręce przy sobie. W dodatku masa osób podkreślała, że ciąża mi służy, pięknie wyglądam i poza brzuchem zupełnie nie widać zmiany. Jak łatwo się domyślić, nie zaczęłam się od tego czuć bardziej w ciąży, ale wpływało to na mój lepszy humor.  Sam brzuch nadal nie ciążył. Nic mi nie puchło. Nic nie dokuczało. Czułam się normalnie i nie raz dopiero w konfrontacji z lustrem lub kopniakami córki przypominałam sobie, że mam w sobie nowe życie. Serio, zdarzało mi się zapomnieć. Raz nawet w obudziłam się w środku nocy i wystraszyłam, że mi się to wszystko przyśniło. Wybieranie i kupowanie rzeczy potrzebnych dla maleńkiej czy do porodu wydawało mi się przez to strasznie dziwne. Im bliżej końca, tym bardziej to wszystko wydawało się dziwne. Abstrakcyjne wręcz.

Miesiąc dziewiąty

Dochodzimy wreszcie do końca mojej dość nudnej historii. Ostatni miesiąc również nie przyniósł żadnych zmian. Nadal czuję się tylko trochę w ciąży, gdy mała się rusza lub patrzę w lustro na swój brzuch. No dobra, jeszcze jak próbuję spojrzeć na stopy stojąc. Niestety od jakiegoś czasu już ich nie widuję w tej pozycji. Przybrałam mniej więcej 10 kg (zależy od dnia – raz jest poniżej, raz zbliża się do 11), ale zupełnie tego nie odczułam. Nie kupiłam ani jednego ciążowego ciucha. Bielizna się nie liczy, bo po prostu staniki są większe, ale nie ciążowe. Stare spodnie idealnie zapinają się pod brzuchem, zaś bluzki (nawet te w rozmiarze XS) w większości są elastyczne i po prostu pięknie opinają mój krąglutki brzuszek. Także w swoim nieciążowym samopoczuciu odliczam dni i czekam na poród.

Wiem, że było dość długo, ale może pamiętacie jeszcze moje głupie obawy z początku tekstu? Jak widać okazały się zupełnie bezpodstawne. Żadnych mdłości, żadnego kalafiora, żadnych problemów czy humorów. Nie zrobiłam się gruba, nie nabawiłam się ani jednego rozstępu i mam nadzieję, że nie pojawią się podczas porodu (niestety słyszałam o takich przypadkach). Nie dość, że mój partner nie przestał mnie pragnąć, to jeszcze zapragnął mieć mnie za żonę. Ciąża w moim życiu absolutnie niczego nie zmieniła. To wszystko jest tak cudowne i niesamowite, że będę tęsknić za tym stanem, gdy mała już przyjdzie na świat. Nawet porodu się już nie boję. Czekam na niego niezdrowo zaciekawiona, jak to będzie.

Ciekawa jestem również jak to było u Was? Jak przebiegało Wasze 9 miesięcy lub jak je sobie wyobrażacie?

Podobał Ci się ten tekst? Udostępnij go znajomym!
Share on Facebook10Share on Google+0Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn0Email this to someone
}