Nowe żółte sery pleśniowe od Serenady

Po aferze z Sokołowem trochę obawiałam się tego tekstu pisać, ale z drugiej strony nie zamierzam robić testu tatara czy też parówek, ani rzygać, więc nie mam czym się przejmować. Ot opisuję sobie zwyczajne obserwacje stanów faktycznych, które zaczynają trochę mnie wyprowadzać z równowagi. W pierwszym odruchu tekst miał przypominać ten Kominka o budyniu, ale się powstrzymałam i dorzuciłam cenzurę, bo aż tak wściekła z drugiej strony nie byłam, żeby tu jakimiś wulgaryzmami rzucać.

Z Diabłem najczęściej robimy zakupy w Kaufland, bo nie dość, że mamy najbliżej i najwygodniej tam się udać, gdy wracamy z pracy, to jeszcze ceny są stosunkowo zadowalające i na pewno nie są tak zawyżone jak np. w Carrefour. Jakość produktów też zawsze nas zadowalała, nawet tych z logo Kaufland, które często smakują lepiej od oryginałów znanych marek. Wszystko jednak do czasu, bo od kilku miesięcy obserwujemy niepokojące zjawisko.

Mamy swój ulubiony paczkowany ser żółty, po który sięgamy zawsze, ze względu na odpowiadający nam smak. Ostatnio jednak, gdzieś tak na przełomie pół roku, spotkało nas kilka niespodzianek.

serenada-babuni
Nasza ukochana Serenada zaczęła być sprzedawana w całkiem nowej wersji, a’la ser pleśniowy. Może nie dziwiłoby nas to tak bardzo, gdyby nie daleki termin przydatności do spożycia. Gdyby ser Serenady przeleżał, byłoby to nawet uzasadnione i wtedy pretensje mogłyby spaść wyłącznie na Kaufland, który nie kontroluje produktów na półkach. Tu jednak data ważności za każdym razem była odległa. Pani na kasie, która dostała od nas taką paczkę z niespodzianką, sugerowała nieszczelne opakowanie, ale zgniataliśmy, ściskaliśmy paczkę z Serenadą i wydawało się, że powietrze nie uchodzi. Pleśń jednak jakoś się pojawiła. Kilka razy na sklepowej półce znaleźliśmy taką Serenadę Babuni oraz Radamera, więc nie była to również kwestia konkretnego rodzaju bardziej podatnego na pleśń. Nie zniechęcało nas to jednak do firmy i wygrzebywaliśmy takie sery, które swoim wyglądem nie odstraszały od zakupu. Niestety raz kupiliśmy ładnie wyglądającą Serenadę, w domu trafiła do lodówki, a zaledwie kilka dni później, gdy chciałam przygotować obiad, okazało się, że żółty ewoluował w swoją pleśniową wersję. Nie żebym chciała się czepiać, bo akurat serki pleśniowe bardzo lubię, ale takie, które są nimi w oryginale jak Lazur. Nie po to kupuje ser żółty, żeby potem zajadać taki porośnięty grzybem. Zwłaszcza kiedy termin ważności nawet nie jest niepokojąco bliski, a produkt nie był z promocji.

Może wina leży po stronie Spółdzielczej Mleczarni Spomlek i to podczas produkcji czy też pakowania Serenady coś idzie nie tak. Może to wina Kauflandu, w którym ser leży w nieodpowiednich warunkach, gdzie w końcu porasta pleśnią. Zgadywać nie będę, ale fakt pozostaje faktem – mamy nowy ser pleśniowy. I choć bardzo lubię smak serów Serenady, zaczynam coraz bardziej wątpić w sens jego kupowania.

Podobał Ci się ten tekst? Udostępnij go znajomym!
Share on Facebook0Share on Google+0Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn0Email this to someone
}