„Thorn” Jasona Hunta czyli Kominek w okładce

Akurat skończyłam czytać poprzednią książkę (Potęga Sławy Helen Fielding), gdy Thorn Jasona Hunta znalazł się na moim ukochanym Kindle. Po całej absurdalnej aferze zostawię Waszym domysłom to, skąd on się tam znalazł (kupiłam czy nie?). W końcu to nie jest tematem tego wpisu. Tu chcę się podzielić z Wami swoimi wrażeniami po przeczytaniu „najbardziej wyczekiwanej w blogosferze” i „najlepszej książki na świecie”.

Do Thorna od samego początku byłam nastawiona bardzo pozytywnie. Po pierwsze od dawna czytałam blogi Kominka, bo część tekstów mi się podobała i lubiłam Tomka. Poza tym on sam chwalił i reklamował książkę tak bardzo oraz tak długo, że mimo wszystko oczekiwałam dzieła jego życia. Liczyłam na coś, co przebije najlepsze teksty z blogów i poprzednie poradniki jego autorstwa. Potem pojawiły się pierwsze recenzje napisane przez Andrzeja, Pawła oraz Elizę i choć czuło się zawartą w nich sztuczność i podlizywanie się dobremu koledze, to jednak miałam jeszcze nadzieję, że choć odrobinę są szczere.

„W gruncie rzeczy sam nieco dziwnie się czuję, bo piszę o książce napisanej przez kogoś, kogo znam, i to w kontekście tego, że jest niesamowita i że może zmienić życie masy ludzi.” – Paweł Opydo

„To w ogóle jest bardzo trudne do nazwania uczucie, gdy trzyma się w ręku dzieło osoby, którą przecież znam, z którą dosłownie parę tygodni temu gadałem na kawie. A tutaj się okazuje, że nie jest to „książka kolegi” tylko Książka, pisana dużą literą. Taka „naprawdę”. Spokojnie mogąca zmagać się na jakość ze światowym topem.” – Andrzej Tucholski

Dałoby się przymknąć na to oko, gdyby Andrzej nie napisał też: „To pewnie moja wyobraźnia, ale czytając sporo fragmentów THORNa nie byłem w stanie oprzeć się wrażeniu, że ich pierwsze szkice powstały w Nowym Jorku.” Przecież sam autor wiele razy wspominał, że pracował nad książką właśnie tam, więc skąd nagle pojawia się ta wyobraźnia? Poza tym, co doskonale zauważył w swojej recenzji Zwierz, w trakcie czytania wyraźnie widać, że książka jedynie została przerobiona tak, żeby wyglądała na dziejącą się w Nowym Jorku.

„Zwierz ma podejrzenia, że autor pamiętał o imionach, miarach i walucie ale umknęły mu pewne różnice kulturowe jak chociażby fakt, że chłopak w Stanach prędzej grałby w Football amerykański niż w piłkę nożną, dziewczyna mieszkałaby w domku jednorodzinnym a nie w bloku…”

Same opisy zaś nie pomagają wyobrazić sobie miejsca, w którym dzieje się akcja – to po prostu jakiś kościółek, jakaś nadmorska miejscowość i jakieś miasto. Niby padają nazwy charakterystyczne dla NY, ale chyba lepiej mogłabym to opisać używając Google Maps niż Tomek, który był tam faktycznie. Moja wyobraźnia spała sobie smacznie niepobudzona treścią do działania.

Książkę czytałam kawałkami. Poświęcałam jej tylko tyle czasu, ile zajmował mi dojazd i powrót z pracy. Nie miałam najmniejszych problemów z odłożeniem jej na 8 godzin spędzanych w firmie czy spokojny wieczór z ukochanym Diabłem. Nie zaprzątałam sobie nią myśli, gdy czytnik nie znajdował się w moich rękach, bo historia zupełnie mnie nie wciągnęła. Zresztą autor starannie zadbał o to, żeby tego nie zrobiła. Nie dość, że całość była nudna i nijaka (smutna historia ciągłych niepowodzeń jakiegoś dzieciaka, który nawet nie próbował wzbudzić sympatii w czytelniku), to jeszcze przerywanie motywacyjnymi fragmentami, przypominającymi Paulo Coelho, wybijało z ciągłości wydarzeń. Nie mogłam się też oprzeć wrażeniu, że tekst jest chaotyczny i nie został dobrze przemyślany. Autor zapewniał co prawda, że żadna strona nie znalazła się tam przypadkowo, ja jednak nie potrafiłam tego kupić. Czytało się źle.

Dla mnie Tomek książkę pisał tak, jakby chciał stworzyć wrażenie, że siedzi z czytelnikiem i opowiada mu swoją historię. Z tym, że ja nie czułam się jak na kawce z ulubionym przyjacielem. Miałam wrażenie, że smutny chłopiec, któremu w życiu nie wyszło, wlazł mi do domu i zanudzał swoją nieistotną opowieścią. W dodatku wciskał na siłę swoje „życiowe mądrości”, święcie przekonany, że zmieni tym moje życie. Głupio było mu przerwać i wyrzucić za drzwi, więc kiwając grzecznie głową poczekałam aż skończy. Zdecydowanie muszę przestać być taka uprzejma, bo to się kończy zmarnowanymi cennymi godzinami życia.

Choć ze sporą ilością Tomkowych teorii (zwłaszcza tych związkowych) jest mi bardzo po drodze, to sposób ich przedstawienia w Thornie zupełnie do mnie nie trafił. Czułam, że traktuje czytelnika jak idiotę, któremu trzeba powiększyć i napisać wersalikami tekst, żeby przypadkiem nie przeoczył jego istotnych fragmentów. Miałam wrażenie, że Jason nie wierzy w inteligencję ludzi, którzy kupią jego dzieło. Do tego doszło bardzo silne przekonanie, że jest to zabieg celowy również ze względu na zbyt małą ilość treści. Taki push-up dla książki, która przy takim układzie nagle nabrała rozmiaru ok. 300 stron. Potencjalnemu czytelnikowi łatwiej zapłacić ponad 30 zł za gruby tom. Za 100-150 kartek nikt przecież aż tyle by nie dał.

Jednak największym rozczarowaniem był fakt, że ja już to wszystko czytałam. No przynajmniej z 70-80% książki. Większa część historii i motywacyjnych gadek była do przeczytania przez wiele lat na (obecnie celowo zablokowanych) blogach Kominka. Teraz Tomek po prostu poskładał swoje teksty do kupy, połączył historię dopisanymi fragmentami, poprzeplatał swoimi poradnikowymi, lekko zmienionymi, tekstami i opakował w twardą (choć faktycznie bardzo ładną) okładkę. No i oczywiście przeniósł akcję z Kołobrzegu i Warszawy do Nowego Jorku oraz jakiegoś innego nadmorskiego zadupia z rozwalającym się kościółkiem, a starego dobrego Andrzeja przerobił na Andy’ego.

Książkę prawdopodobnie mogłyby uratować zawarte w niej tajemnice i zagadki. Niestety nie polubiłam głównego bohatera (żal mi go, ale do sympatii jest daleko), ani nie wciągnęłam się w całość historii. Dlatego zabawę w Sherlocka Holmesa zostawię zajaranym fanom i wyznawcom Jasona. Mi zwyczajnie szkoda na to czasu. Być może poznam rozwiązania, jeśli zdecyduję się na przeczytanie kolejnego tomu. Sam pomysł zagadek wydaje się jednak jedynie napędzaniem szumu wokół książki. Trochę też sugeruje, że autor poszukuje pomysłów na kolejne części, a czytelnicy z rozkoszą mu je podają, rozwiązując (często nieistniejące) zagadki za niego.

Nie chciałam pisać tak negatywnej recenzji. Liczyłam, że uda mi się pochwalić chociaż korektę książki, ale natrafiłam na zjedzony wyraz, połkniętą literkę (chciaż) i kilka nadprogramowych (moim zdaniem, ale nie jestem polonistką) przecinków przed „i”. Może to był specjalny zabieg i jedna z zagadek autora, ale dla mnie to zwykłe przeoczenia i błędy. Nie mniej jednak jest to znacznie lepszy poziom niż większość pozycji, jakie zazwyczaj trafiają w moje ręce, gdzie błędy wręcz atakują czytelnika. Na szczęście na pochwałę zasługuje wygląd książki (nawet jeśli to drobne oszustwo mające nadać objętości), jakość wydania i fakt, że Tomek sam się wszystkim zajął. Otworzenie własnego wydawnictwa to kawał dobrej roboty i odważny krok. Podziwiam i gratuluję.

Kiedy czytałam Tomkowe zapowiedzi i te wszystkie zachwyty nad jego książką, spodziewałam się czegoś, co z wali mnie z nóg. Tak się stało, ale niestety tylko dlatego, że powalił mnie sposób, w jaki Jason swoich czytelników nabił w butelkę. Wszyscy rzucili się wybulić kasę za coś, co przez lata czytali za darmo na blogu. Dostali Kominka w okładce z napisem Thorn. Dostali stare teksty, w nowym wydaniu i za kasę. Ja czuję się tym mocno rozczarowana i na pewno nie porównałabym książki Jasona Hunta do świetnego filmu Vanilla Sky czy jeszcze lepszego Fight Clubu.

Podobał Ci się ten tekst? Udostępnij go znajomym!
Share on Facebook0Share on Google+0Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn0Email this to someone
  • Podobne rozmnażanie stron miało miejsce już w poprzedniej książce Kominka, gdzie spora powierzchnia kartek (mega marginesy) jest pusta…

  • Ostatnio na jakimś portalu znalazłam test: „czyj to cytat – Coelho czy Kominek”? Idealne podsumowanie 🙂
    O ile rozmieszczenie akapitów naprawdę mi się podobało (może dlatego, że przypomina trochę teksty w internecie, w każdym razie czytało się wygodnie), to treść… tak jak napisałaś, większość historii z książki starzy czytelnicy dobrze już znają. Zawiodłam się srodze, bo liczyłam na trochę „starego Kominka”. Może osoby lubujące się w trudnych historiach damsko-męskich docenią rozważania autora, ale wydaje mi się że osoby w udanych związkach będą w końcu miały tego marudzenia dosyć 🙂

  • Nie będę zamieszczał nigdzie swojej rozbudowanej opinii. Będę podrzucał to co napisałaś, bo całkowicie się z tym zgadzam 🙂

    Na plus tylko zaliczam czcionkę- podoba mi się.

    Aha- drugi plus to częste akapity. Dzięki temu nie miałem problemu, żeby się od niej oderwać.

    Zagadki, łamigłówki? Ale o so chosi… A tekst Andrzeja Tucholskiego o szkicach w NY jest po prostu arcysucharem 😀

  • Teraz wszyscy Ci zarzucą, że wystawiłaś taką opinię przez tę aferę 😛

    Mimo wszystko chciałabym tę książkę przeczytać, ale żal mi kasy, a po ostatnich wydarzeniach strach pytać o pożyczenie 😉

  • Tia… Już na to czekam 😉

    No i chętnie pożyczyłabym Ci, ale, jak już wiesz, ebooka pożyczyć się nie da 😉

  • Dadełek Diabełek

    Bękart globalizacji…

  • A proszę uprzejmie. Częstuj się 🙁

    Mi sposób wydania się bardzo podoba 🙂 Push-up dla idiotów, ale za to bardzo ładny 🙂

    Wiesz, ja nie mam nic przeciwko koleżeńskim pozytywnym opiniom, ale trzeba umieć zrobić to tak, żeby nie wyglądało zbyt sztucznie. Im nie wyszło.

  • A to nie zauważyłam – w ebooku nie rzucało się w oczy 😉

  • #tyleprzegrać 🙁

  • To nie ma nic wspólnego z byciem w związku. Ja akurat nie mam problemu z wczuwaniem się w sytuacje innych i ich marudzenie. Myślę, że u mnie w głównej mierze za fatalny odbiór odpowiadało przeczytanie tego wszystkiego wcześniej na blogach. Chociaż lubię Tomka, to jego historia nie jest jak Harry Potter – nie wciąga za każdym razem, gdy ją czytasz.

  • Mój najnowszy wpis jest właśnie o tej poprzedniej książce, można poczytać, co o niej sądzę

  • Przeczytałam i skomentowałam 🙂 Dla mnie takie zabiegi są bez sensu. Ja płacę za treść, a nie za ilość kartek. Nie ma dla mnie znaczenia czy książka ma 100 stron czy 300, ale ważne czy zawiera interesującą mnie treść 🙂

  • Dla mnie ta książka to średniak. Męczyłam się z nią niemiłosiernie. W dodatku gatki motywacyjne mocno wydumane i bardzo spłycone. Świat tu jest jednowymiarowy, nijaki. Nie zostałam przekonana, porwana. Szkoda.

  • Zgadzam się. No i właśnie szkoda, bo jednak liczyłam na coś lepszego.

  • Też liczyłam na coś więcej. Niestety. Nie wszystkie książki muszą być dobre … nie docenialibyśmy wtedy tych wartościowych.

  • Słusznie, czasem trzeba przeczytać i gniota 😉

  • Ale kupiłaś, a to się (niestety) liczy przede wszystkim. Ta książka to dziecko cudownego marketingu Kominka. Szczerze mówiąc, spodziewałam sie podobnych recenzji od ludzi z Tomczykiem niezaprzyjaźnionych, choć bloga czytuję.

}