Weekend w Poznaniu

Okazją do odwiedzenia Poznania było odkładane od kilku lat spotkanie z moim starym przyjacielem i jego żoną. Z nim poznaliśmy się na wakacjach w 2001 roku, kiedy oboje byliśmy nastolatkami. I mimo, a może właśnie dzięki, mieszkaniu w różnych miastach, udało nam się utrzymać coś na kształt przyjaźni przez 11 lat. Mimo kilku lat kompletnej ciszy przerywanej jedynie życzeniami urodzinowo-świątecznymi, wciąż udaje nam się prowadzić całkowicie szczere rozmowy, gdy zachodzi taka potrzeba. Może właśnie ta odległość sprzyja większej szczerości i temu, że nigdy między nami do niczego nie doszło. Dopiero z przed zaręczynowego ataku zazdrości jego obecnej żony dowiedziałam się, że na tych pamiętnych wakacjach się we mnie zakochał. Chociaż ja i tak twierdzę, że on zdecydowanie przesadził w terminologii oświadczając, że kochał. Zauroczył się w najlepszym wypadku, bo w platoniczne wyidealizowane miłości to ja jednak nie wierzę. Wtedy kocha się złudzenie, a nie osobę. My zaś mieliśmy podczas pamiętnych wakacji dla siebie tydzień czasu pod bacznym okiem naszych rodziców i jego młodszego brata, więc nie było możliwości się dobrze poznać.

Namawiani bardziej przez jego żonę, zdecydowaliśmy się w końcu odwiedzić Poznań. Wybór weekendu nie był przypadkowy. Mieliśmy dołączyć do męskiej tradycji – PGA (info można znaleźć tutaj) i wycieczka do go-go (tak, tak… kolejne go-go ;-)).

Diabeł postanowił zrobić mi niespodziankę i zaszaleć, wobec czego nocleg zarezerwował w Sheratonie. Moje wrodzone skąpstwo dało o sobie znać, ale poza rzuceniem mu się na szyję, już nic nie mogłam zrobić. W końcu mam najwspanialszego faceta na świecie. I choć nie musi tego w taki sposób udowadniać, jest szalenie miło, kiedy to robi.

Sam widok hotelu nie zachwycał. Hol i recepcja też nie zrobiły na mnie zbyt pozytywnego wrażenia. Kolorystyka sprawiała wrażenie dość smutnej, choć zapewne miała sugerować spokój i elegancję.

Korytarz na naszym piętrze był mroczny:

Ale już sam apartament bardzo mi się podobał. Chociaż za taką cenę i tak spodziewałam się więcej 😉

Po przyjeździe wybraliśmy się we czwórkę coś zjeść w Starym Browarze. Nazwa nie brzmiała zachęcająco. Szczerze powiedziawszy nadal nie brzmi. Mi zdecydowanie kojarzy się z jakimś małym drewnianym obskurnym lokalikiem – tanią drewnianą zarzyganą knajpą. Więc byłam szalenie zdziwiona, gdy moim oczom ukazała się wielka galeria handlowa przypominająca zamek. Trochę pusta, ale w moim odczuciu to dobrze. Sobotnie popołudnia i wieczory to nieodpowiedni czas na siedzenie w centrum handlowym.

Po przyjemnym posiłku wróciliśmy do hotelu, żeby się odświeżyć i ustalić plan na resztę wieczoru. Okazało się, że grupa facetów nie umiała zebrać przez rok kasy na wejście do go-go, więc z nami nie idą. Mój przyjaciel, będący w znaczącej mniejszości, chciał, żebyśmy do nich dołączyli. Straciliśmy chyba ze 2h na przekonywaniu go, żeby najpierw pójść do go-go, a potem spotkać się z jego znajomi.

Wybraliśmy Nefretete.

Nie pierwszy raz byłam w takim miejscu, ale pierwszy widziałam prawie pustą salę. Pracujących dziewczyn tam też zbyt dużo nie było i jeśli jakaś była ładna, to nie zachowywała się zbyt zachęcająco albo ruszała się kiepsko. Co było innego i ciekawego w tym klubie? Chociażby to, że na scenie dziewczyny tańczyły w bieliźnie, która mogła zakrywać większość ciała i za napiwki pokazywały jedynie piersi. Więc jak ktoś chciał zobaczyć więcej, musiał zamówić taniec. Co dla mnie ma trochę sensu, bo nie dostajesz wszystkiego za darmo, kiedy taniec ma mniej sensu. Wiąże się to z ryzykiem, że kupisz kota w worku, ale niepewność czasem może podkręcać atmosferę.

W zasadzie jedyną ciekawą postacią w całym klubie była Ania, która przyciągała swoim zachowaniem, uśmiechem i tańcem. Widać było, że jest tam, bo lubi to, co robi. To samo zresztą powiedziała w rozmowie. Przyznała, że ma rurę w domu, gdzie uczy się w wolnych chwilach, co było widać na scenie. Jako druga dziewczyna, z którą rozmawiałam, stwierdziła też, że woli tańczyć dla kobiet, bo faceci są obleśni. Nawet przyznała, że odkąd pracuje w klubie zdecydowanie woli kobiety, a kiedyś uważała się za hetero. Powiedziała też ciekawą rzecz odnośnie mężczyzn chodzących w takie miejsca. Mianowicie, że lepiej, gdy facet pójdzie do go-go, bo najwyżej zamówi tylko taniec, niż jakby miał pójść do zwykłego klubu i trafić na kobietę, która uparłaby się dostać od niego coś więcej. Ma to pewien sens, chociaż dla mnie, jak facet nie chce, to go żadna do niczego nie zmusi.

Wzięliśmy Anię na wspólny taniec z Diabłem, bo choć były ładniejsze od niej dziewczyny, to jednak nie było takich, które przewyższałyby ją umiejętnościami. Mnie bardziej ciekawiło, co potrafi, a nie jak wygląda. Nie zawiodłam się. Pokaz, jaki dla nas zrobiła, był bardzo interesujący i przekonujący. Nie tańczyła ot tak, ale tak, jakby rzeczywiście zależało jej na naszym, moim zadowoleniu, bo w sumie do Diabła przez większość tańca się nie zbliżała. Może to tamten wieczór, może jej zachowanie i taniec, a może wszystko na raz sprawiło, że nawet miałam ochotę spróbować z trójkątem 😀 Ale wieczór się skończył, a myśl ulotniła. Brak chętnej do zabawy wszystko popsuł 😉

Następnego dnia swoje kroki skierowaliśmy na PGA. Grzechem byłoby się nie wybrać, skoro sąsiadowało z hotelem. Jak dla mnie szału nie było. Diabeł był bardziej zainteresowany i nawet, za moją namową, sobie pograł w Smite 😉

Kilka fotek z imprezy:

A tutaj mamy bardzo ciekawe rozwiązanie, które powinno zadomowić się w wielu miejscach w naszym kraju, bo moja nadzieja, że palacze się opamiętają raczej nie zostanie spełniona.

Na zakończenie uroczego weekendu wybraliśmy się na Poznański rynek.

Kiedyś tam jeszcze wrócimy. Może latem, żeby spokojnie zwiedzić Poznań za dnia i nocą i odkryć jakieś tajemnice tego miasta 😉

}