Wrocławskie Sogo

Nie powiem, żeby to był jakiś cykl recenzji go-go w Polsce, bo jest zbyt nieregularny, ale nie przeszkadza nam to z Diabłem na wyjazdach odwiedzać i oceniać kolejnych lokali. Skoro byliśmy już w Sogo w Warszawie, warto było sprawdzić jak radzi sobie w tym temacie Wrocław.

Wujek google pokazał nam nieco inną lokalizację Sogo i mieliśmy zrezygnować ze spaceru, bo deszczowa pogoda nie zachęcała do pokonywania długich dystansów. Jednak przypadkiem wracając z obiadu dostrzegliśmy słabo oznaczone wejście blisko naszego hotelu. Nie było więc miejsca na wymówki. Początkowo wahaliśmy się nad dniem, ale z drugiej strony – majówka, czwartek wieczór, a piątek wolny, to kto by siedział w domu?

Po wejściu do Sogo przywitały nas pewne braki, ale niezrażeni szliśmy dalej. W końcu za wejście trzeba było zapłacić, to nie ma co wychodzić po pierwszych krokach. Lokal mogliśmy obejrzeć spokojnie w całej okazałości, bo nic ani nikt nam nie przeszkadzał. Kilku pojedynczych klientów siedziało luźno rozsianych po lokalu. Tancerki zebrane w dwóch grupkach nawet nie zareagowały na nasze wejście. Samotne rury straszyły ze sceny. Dopiero po dłuższej chwili wyszła jakaś dziewczyna, by bez entuzjazmu pokręcić tyłkiem. Usiedliśmy i zaczęliśmy oglądać. Szału nie było.

Po kilkunastu minutach podeszła do nas dziewczyna z wielkimi sztucznymi cyckami i jeszcze bardziej napompowanym ego. Nie bawiła się w gry wstępne, tylko po przedstawieniu się (Laura) od razu zapytała czy chcemy taniec. Ok, to jej praca, niech pyta. Obiecywała podróż do raju, więc Diabeł odpowiedział, że wysoko sobie stawia poprzeczkę i już razem stwierdziliśmy, że najpierw chcemy zobaczyć ją na scenie. Kota w worku, nawet z wielkimi cyckami, kupować nie zamierzaliśmy. Ona niestrudzona spytała czy wobec tego kupimy jej drinka. Popatrzyliśmy na siebie mocno zdziwieni. Bo niby za co? Za to, że podeszła? Bo starań z jej strony nie było żadnych. Wycelowała w nas sztucznymi cyckami i od razu próbowała wyciągnąć kasę. Zero rozmowy, uwagi czy poświęconego czasu. Gry wstępnej nie oczekiwaliśmy, ale tak nawet bez wazeliny? Cóż… inne miasta wypadały lepiej pod tym kątem, a króluje Ania z Nefretete, z którą przyjemnie, długo i ciekawie się rozmawiało.

Laura, poza kelnerką, była jedyną, która do nas podeszła. Reszta dziewczyn albo nie podnosiła w ogóle tyłka z kanapy albo ruszała go niechętnie i nieudolnie na scenę. Już na samo podejście do rury, w większości przypadków, żal było patrzeć, bo te dziewczyny nawet chodzić seksownie nie potrafiły. W tańcu też to się odzwierciedlało, bo jego poziom był prawie zerowy. Niestety nie jesteśmy klientami, którym gołe cycki wystarczą do szczęścia. Już nawet nie chodzi o profesjonalizm w owijaniu się wokół rurki, bo nie każda musi być mistrzynią pole dance. One jednak miały wiele bardzo podstawowych braków. Widać było, że wolałyby tamten wieczór spędzić inaczej, bo nie przykładały się zupełnie. Zero uśmiechu, brak kontaktu wzrokowego, nawet z tak małą publicznością. W oczy rzucał się brak zaangażowania. Na scenę potrafiły wchodzić w połowie kawałka, bo się zagadały. Ruszały się jak wyrwane z drzemki i głuche na muzykę. W sumie jedna to nawet faktycznie przysnęła w loży i koleżanka w panice pobiegła ją obudzić. W dodatku większość miała wyuczone układy, które odtwarzały identycznie przy różnych utworach. Niestety mimo powtarzalności nie było w tym nic seksownego. Tak samo, jak w zdejmowaniu przez tancerki majtek. To chyba był niechętnie wykonywany obowiązek, bo wszystkie robiły to niezdarnie przy zejściu ze sceny. A komiczne już było, gdy kilka z dziewczyn zsunęło je z tyłka i pokracznie schodziło z opadającą lub zatrzymującą się w połowie ud bielizną.

Naszą uwagę i pozytywne komentarze zebrały zaledwie trzy dziewczyny. Chociaż to i tak było może 7-8/10. Nie obniżaliśmy bardzo punktacji za małe cycki, bo chociaż umiejętnościami wybijały się znacząco ponad resztę. Jakbyśmy mieli oceniać samo ciało, to żadna nie uzyskałaby pełnej punktacji. I tak sobie myślę, że takie kluby masowo powinny odwiedzać kobiety z niskim poczuciem własnej wartości. Przekonałyby się, że nie trzeba mieć ciała modelki, idealnych piersi, pięknego uśmiechu czy seksownych ruchów, żeby faceci chcieli oglądać ich nagie ciała. W zasadzie to poza nagością nic nie trzeba mieć. I chyba mnie osobiście trochę przeraża, że faceci potrafią płacić za obejrzenie jakiegokolwiek nagiego ciała. Z drugiej strony – o gustach się ponoć nie dyskutuje. Może im się akurat podobają fałdki tłuszczu i małe piersi, a tylko ja wybrzydzam?

Dwie z trzech wybranych przez nas dziewczyn też nie były idealne. Jedna niby tańczyła fajnie i miała zgrabne wysportowane ciało, ale piersi mniejsze niż A ją zdyskwalifikowały. Druga miała większe, ale i sama była większa, więc nawet ciekawy taniec jej nie pomógł, bo czułabym się przytłoczona. Została nam więc Carmen. Właśnie… zanim przejdę do Carmen – kolejna rzecz jakiej nam brakowało – egzotyczne i seksowne imiona. Nie przeczę, że w uszach zakochanego mężczyzny „Magdalena” brzmi kusząco, ale na nas zupełnie to nie działało. Chyba tu znów odbijają się nasze wygórowane wymagania. Ale Carmen brzmi wystarczająco egzotycznie i taki lekko egzotyczny okaz ukazał się naszym oczom – czarne włosy, brązowe oczy, opalona skóra i niesamowicie smukłe ciało. Nawet nieduże piersi nie stanowiły wielkiego problemu. Przykuła naszą uwagę. Na scenę weszła jak modelka po wybiegu i potem tańcem dopełniła całości. Nie mieliśmy zastrzeżeń i Diabeł mi szepnął do ucha „chcę, żeby na Tobie zatańczyła”.

Za prywatny taniec też zebrała od nas kilka sporych plusów. Nie zaczęła go w połowie kawałka, ale w oczekiwaniu na nowy poświęciła chwilę na rozmowę. Sam taniec bardzo mi się podobał. Ruszała się bardzo fajnie, co z jej wyglądem dawało całkiem podniecającą mieszankę. Trudno mi określić czy dla innych tańczy inaczej, ale na pewno sprawiała wrażenie, że podoba jej się moja obecność i sposób, w jaki reagowałam na to, co robiła. Nawet przedłużyła taniec o pół następnej piosenki. Przez krótki, ulotny moment mi przyszło do głowy, że z kobietą o takim ciele mogłabym się zgodzić na trójkąt. Rozczarowała nas dopiero drugim tańcem na scenie. Mimo, że podeszliśmy usiąść bliżej niej, tańczyła „do ściany” bez żadnego uśmiechu. Nie zaszczyciła nas ani jednym spojrzeniem. Dla pocieszenia – nie spojrzała na nikogo. Lalki miewają mniej puste spojrzenie od niej. W dodatku też odtańczyła identyczny jak poprzednio układ. Gdybyśmy poczekali na jej drugie wyjście na scenę, zapewne oszczędzilibyśmy 50 zł.

Jeszcze w trakcie i po wyjściu z klubu zastanawialiśmy się z Diabłem na czym to polega, że większość ludzi robi coś, bez żadnego zaangażowania. Widać mało kto robi to, co lubi. Nie mniej  wydawało nam się, że w takich klubach dziewczynom powinno zależeć na prywatnych tańcach, bo z nich mają więcej kasy. Jednak po raz kolejny (bo Diabeł doświadczył tego kiedyś w Krakowie) ich zachowanie mówi coś innego. Zero zainteresowania klientami, zero uśmiechu, zero zaangażowania w taniec. Nic, co zachęcałoby do zapłacenia im za taniec tylko dla siebie.

Jestem wymagająca, bo lubię to, za co płacę, dostawać w wysokiej jakości. Na razie żaden klub go-go mi tego nie zaoferował. Trudno stwierdzić czy tutaj była to wina majówki, dnia tygodnia (bo poszliśmy w czwartek), Wrocławia czy samego klubu, ale rozczarowanie to dobre słowo opisujące nasze wrażenia. Chociaż zastanawialiśmy się z Diabłem czy nie mamy przypadkiem zbyt wygórowanych wymagań względem takich miejsc. Mam jednak nadzieje, że przy którejś kolejnej wizycie uda nam się odnaleźć, coś co nas zadowoli.

wrocław sogowrocław sogo

Zabrakło im chyba kasy na naprawę, ale trudno się dziwić, skoro klub świecił pustkami…

wrocław sogo klubwrocław sogo

To jedna z tych dobrze ruszających się o małych cyckach.

wrocław sogo cennik

Chcieliśmy zamówić coś do picia, ale akurat nie mieliśmy przy sobie drobnych 😉

wrocław sogo toaleta

To Diabeł zastał w męskiej toalecie, ja już do damskiej iść się nie odważyłam 😉

}