„Zeznanie” John Grisham – recenzja

Wczoraj wreszcie udało mi się skończyć książkę. Nie dość, że dostałam ją chyba ze 3 lata temu pod choinkę, to jeszcze w tym roku męczyłam się z nią od czerwca. Bynajmniej nie dlatego, że tak wolno czytam.

Częściowo winę zrzucam na fakt, że książki czasowo wymieniłam na oglądanie seriali. Czytanie ich w drodze do pracy było zazwyczaj niemożliwe, z uwagi na tłok, jaki panuje w komunikacji miejskiej. W dodatku w moje ręce trafiały takie perełki jak Piąty Poziom czy Blog i Grisham szedł w odstawkę. Udało mi się jednak znaleźć dogodne połączenie na powroty i chwilę czasu wieczorami. Wiecie, większość seriali robi sobie przerwę świąteczną w emisji. Trzeba było zatem zająć się czymś innym. Padło na książki. Stwierdziłam też przy okazji, że najwyższa pora skończyć Zeznanie.

Tą pozycję zażyczyłam sobie kiedyś, bo skusił mnie opis z okładki:
„Od początku wiemy, kto zabił, do końca nie wiemy, kto zginie.”
To zdanie bardzo szybko okazało się kłamstwem. Owszem, od początku znamy tożsamość zabójcy, ale o tym, kto zginie, dowiadujemy się gdzieś po 2/3 książki. Potem to już tylko bezsensowne nabijanie treści i lanie wody.
„Zeznanie zaczyna się od mocnego uderzenia, a kończy prawdziwym wybuchem.”
To zdanie trzymało mnie przy tej lekturze do ostatniej kartki. Czekałam na wybuch. Nastąpił. Choć zapewne nie o to chodziło autorowi. Był to bowiem wybuch rozczarowania jego dziełem. Gdyby zakończył tą książkę, gdzieś przed trzy setną stroną, dałoby się ją jakoś uratować. Niestety widać opłacalność wydawania zaczyna się nieco wyżej.
Zeznanie od pierwszej strony chwyta w żelazny uścisk klasycznego Grishamowskiego suspensu”
To mnie zmartwiło, bo miałam ochotę na inne sławne dzieła tego autora. Jeśli jednak ich poziom jest równie porywający jak Zeznanie, to lepiej nawet nie zaczynać. Chyba, że ma mi to służyć za motywację do przeczytania wszystkich innych zaległych książek.

Nie mogę jednak tak całkiem narzekać. Książkę czyta się dość przyjemnie. Przez pewien czas człowiek nawet się łudzi, że skończy się happy endem i czyta z pewnym oczekiwaniem. Potem przypomina sobie ten fragment z okładki o wybuchu i zaczyna tworzyć fascynujące scenariusze tego, co jeszcze mogłoby się wydarzyć na ostatnią chwilę. Książka zdecydowanie pod tym względem rozbudza wyobraźnię. Pomysły się prześcigają. Może wyskoczy coś w ostatniej sekundzie. Jakiś cud. Albo okaże się, że był inny zabójca, a to wszystko było tylko ściemą. Także nie jest aż tak źle…

Tylko sam fakt, że wszystko kończy się jedną wielką kupą, psuje cały efekt książki.

A i jeszcze opis znaleziony na empik.com:
„Pierwszy wielki thriller prawniczy Grishama od czasu Apelacji.
Tempo, napięcie, zwroty akcji i jak zwykle genialny suspens w światowym bestsellerze numer 1.
Niewinny ma być stracony.
Uratować go chce morderca.
OD POCZĄTKU WIEMY, KTO ZABIŁ.
DO KOŃCA NIE WIEMY, KTO ZGINIE.
(…)
Zeznanie to trzymająca w najwyższym napięciu szokująca opowieść o walce o ocalenie niewinnego człowieka skazanego na karę śmierci i jeden z najlepszych thrillerów Grishama. Raz jeszcze Grisham obnaża wszechwładzę, bezkarność i bezprawie prawa.”

Nie mam zielonego pojęcia, kto to pisał. To jednak musiała być osoba, która tej książki w rękach nie miała wystarczająco długo, by dotrzeć do ostatnich stron. A jeśli to rzeczywiście najlepszy thriller Grishama, to czuję się bardzo rozczarowana.

Ktoś czytał jakieś inne jego dzieła i jest może w stanie polecić coś, co rzeczywiście będzie trzymało w napięciu? Albo nawet innego autora, ale ma być dobre.

}