Dlaczego związki się rozpadają? vol.1

Obecnie żyjemy w czasach, kiedy wszystko praktycznie można zamienić czymś nowszym lub lepszym. Co chwila pojawiają się nowe wersje sprzętów, które chcemy mieć. Wymieniamy stare na nowe często bez zbędnych sentymentów. Trudno się temu dziwić, skoro zazwyczaj jesteśmy kuszeni atrakcyjnymi promocjami i wszędzie obecnymi reklamami. Ma to oczywiście swoje dobre strony. Wiele nowych rzeczy bowiem znacząco ułatwia nam codzienne życie. Niestety wygląda na to, że negatywnie wpłynęło to na nasze postrzeganie relacji międzyludzkich, do których próbujemy zastosować te same zasady.

Tylko czy to jedyny powód? Pęd za nowościami? Nieustanne „promocje” jakie dostajemy od życia? Czy faktycznie przenosimy potrzebę ciągłych zmian z rzeczy na ludzi? Czy to jedyny powód, dla którego związki i małżeństwa rozpadają się coraz częściej? Może są też inne powody? Zastanówmy się jakie.

Źle wybieramy

To pierwszy i często zasadniczy błąd, który ludzie popełniają jeszcze zanim związek w ogóle się zacznie. Nie dość, że źle wybieramy osoby, to robimy to jeszcze ze złych powodów. Podejmujemy pochopne i nieprzemyślane decyzje, wiążemy się z przypadkowymi osobami głównie z obawy przed samotnością. Czasem po prostu nie przepadamy za życiem w pojedynkę i chcemy wypełnić pustkę kimkolwiek. Innym razem odczuwamy presję otoczenia, by kogoś znaleźć. Wszędzie przecież zakochane pary – wśród znajomych, w filmach, na reklamach. Za złą decyzją może kryć się również brak pewności siebie. Łapiemy pierwszą osobę, która się nami zainteresuje, przeświadczeni, że i tak nic lepszego nas nie spotka.

Nie potrzeba geniusza, żeby domyślić się, że to dobrze skończyć się nie może. Szanse na to, że łapiąc pierwszą osobę z brzegu, trafisz na swoją drugą połówkę, są naprawdę niewielkie. W dodatku, choć to brzmi tandetnie, nie wystarczy znaleźć odpowiedniej osoby, ale trzeba również być odpowiednią osobą. Kochać siebie, czuć się dobrze w samotności, mieć jakieś hobby. Nikt nie chce być wypełniaczem pustki, czymś co się „nawinęło akurat pod rękę”, więc nie skazuj drugiej osoby na taką rolę.

Oczekujemy, że druga osoba się zmieni

To bezpośrednie następstwo poprzedniego punktu. Wybieramy pierwszą osobę z brzegu i oczekujemy od niej, że dostosuje się do naszego wyobrażenia partnera idealnego. Z domatora próbujemy zrobić wielbiciela górskich wycieczek. Miłośnika sportów ekstremalnych chcemy przerobić na rozważną głowę rodziny. Widząc cichą i nieśmiałą dziewczynę, oczekujemy, że przeobrazi się w boginię seksu. Ewentualnie najbardziej puszczalską dziewczynę z liceum próbujemy wcisnąć w rolę wiernej i oddanej żony.

Nie mówię, że to nie jest możliwe. Cuda się w końcu ponoć zdarzają. Jednakże zdecydowanie rozsądniej jest wybierać rozsądnie, a potem akceptować i kochać partnera takiego, jakim jest. Sami nie chcielibyśmy być przez ukochanego formowani jak modelina.

Przestajemy się starać

Załóżmy jednak, że trafiliśmy tą idealną dla nas drugą połówkę. Chociaż bardzo byśmy chcieli, wspólne życie nie jest wiecznym spacerem za ręce w stronę zachodzącego słońca. To codzienność. To dni lepsze i gorsze. To wzloty i upadki. Szczęście w związku nie jest rzeczą stałą, daną parze raz na zawsze. Tak samo jak to własne, tak i to wspólne trzeba codziennie budować. Dbać o nie. Niestety w każdej relacji przychodzi moment, kiedy związek zaczyna być stabilny i bezpieczny. Wtedy najczęściej powoli przestajemy się starać. Wydaje nam się, że zdobyliśmy partnera i możemy swoją energię włożyć w coś innego (np. w pracę, dzieci). Przestajemy zapraszać się na randki, prawić komplementy, dbać o siebie czy pokazywać, że wciąż nam zależy. Oczywiście udany związek nie potrzebuje aż takich nakładów pracy, jak w fazie chodzenia na randki. Nie mniej jednak wymaga troski i poświęcania uwagi. Gesty mogą być małe, ale jakieś być muszą. Pisałam Wam już o 12 sposobach na szczęśliwy związek. Warto z nich korzystać. Chcecie być priorytetem dla swojego partnera? Niech on będzie też Waszym. Zastanówcie się czy chcielibyście czuć się zapomniani, zepchnięci na dalszy plan czy może wolelibyście być dla kogoś numerem jeden.

Wymagamy więcej od innych

Pewnie każdy zna te narzekania: „już Ci na mnie nie zależy”, „w ogóle już nigdzie nie wychodzimy”, „nie pamiętam, kiedy dostałam od Ciebie kwiaty”, „już mnie nie kochasz”, „znowu nie zrobiłaś prania”, „siedzisz cały dzień w domu i nic nie robisz”, „kiedyś dbałaś o siebie”, itp, itd. Niestety w ciągłych pretensjach i nieustannych wymaganiach wygrywają kobiety, ale panowie też nie są bez winy. Najczęściej partnerzy zupełnie nie dostrzegają tego, co robi druga strona, całkowicie zaślepieni swoimi ciągłymi i często wygórowanymi oczekiwaniami. Prawie na każdym kroku trzeba udowadniać swoją wartość, o coś walczyć – o pozycję w grupie, o stanowisko w pracy.

Dlatego w związku najczęściej szuka się odpoczynku i spokoju. To powinien być obszar związany z przyjemnościami. Każdy chce się czuć w nim po prostu dobrze. Chce być kochany, adorowany, ważny dla partnera. Chce by związek był takim bezpiecznym miejscem, w którym można znaleźć ukojenie, pocieszenie i zrozumienie. Nie dokładajmy więc drugiej stronie ciągłymi wymaganiami. Dajmy czasem też coś od siebie. Zróbmy coś miłego dla partnera. Ugotujmy ulubioną potrawę, kupmy jakąś drobnostkę, wyręczmy w jakimś obowiązku, prawmy komplementy. Postarajmy się, zanim zrobi to za nas ktoś inny.

Niepotrzebnie się poświęcamy

Równowaga w związku jest bardzo ważna. Zwłaszcza w kwestii dawania i brania. Kiedy tylko jedna strona nieustannie robi coś dla drugiej, w końcu pojawi się frustracja, poczucie niesprawiedliwości i pretensje. Nie możemy czuć, że w związku poświęcamy się dla drugiej osoby, bo to do niczego nie prowadzi. Lepiej w tym zakresie starać się utrzymywać równowagę i upewnić się, że partner rozumie nasze zasady. Każdy bowiem postrzega to zupełnie inaczej. Dlatego warto pogadać, poznać oczekiwania drugiej strony i znaleźć układ, który będzie pasował obojgu.

W naszym domu np. jest dość staromodny i klasyczny podział ról. Mój Diabeł przede wszystkim zajmuje się zarabianiem na dom, a ja jego prowadzeniem. Był on bardziej wyraźny, gdy nie pracowałam. Lubię „bawić się” w kurę domową – gotować, sprzątać, robić zakupy – więc zupełnie mi nie przeszkadza taki układ. Nie czuję się pokrzywdzona czy wykorzystywana. Nie czuję, że poświęcam karierę, żeby mój facet mógł zrobić swoją. W związku natomiast dbamy o siebie wspólnie i zamiennie. Raz to ja robię niespodziankę Diabłowi czy drapię go po plecach. Innym razem to on masuje mi stopy czy kupuje ulubione smakołyki. Nie czuję, żebym dawała lub brała więcej od niego i jestem pewna, że on myśli podobnie.

To oczywiście nie są jeszcze wszystkie powody. Kilka kolejnych przedstawię Wam w kolejnym wpisie.

Foto

Podobał Ci się ten tekst? Udostępnij go znajomym!
Share on Facebook9Share on Google+2Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn0Email this to someone
  • wisznu

    najwazniejszy z kolejnych powodow:
    dziecko;P
    pojawienie się dziecka uniemożliwia wspólne wyjścia, wydatnie utrudnia dbanie o partnera, powoduje, ze dom przestaje być sferą przyjemności i odpoczynku…
    możnaby długo wymieniać co się zmienia po urodzeniu się dziecka;D

  • Co prawda nie mam dzieci, ale mam znajomych z dziećmi i to nawet więcej niż jednym. Dlatego nie zgodzę się z Tobą, że dziecko uniemożliwia wyjścia. Może je utrudnia, ale nie są niemożliwe. Zawsze są jakieś babcie lub opłacane opiekunki.
    Nie mówiąc już o tym, że bardzo Ci współczuję, że dziecko sprawiło, że dom nie jest strefą przyjemności i odpoczynku. Na szczęście ja nadal mam masę dowodów na to, że wcale tak być nie musi.

  • wisznu

    nie, no tragedii nie ma. Wszystko jest kwestią poczucia humoru:D

    Po prostu niemowlaki mają jakis szósty zmysł pozwalający nawet z drugiego pokoju wyczuć aktywność rodziców, która moze w konsekwencji prowadzić do pojawienia się rodzeństwa i budzą sie w najbardziej nieodpowiednich momentach przyprawiając o nerwicę ;). Pomijam już, że gra wstępna ogranicza się do zdania: „szybko, mały spi”:D

    Aha – i oczywiście posiadają niezmierzone poklady złośliwości, objawiające się gorączką i katarem w piątek, zmuszając do odwołania spotkania ze znajomymi (tez mającymi dziecko), które to objawy potrafią zniknąć magicznie w poniedziałek rano. W efekcie z tymi znajomymi umawiamy się i odwołujemy wspólne wyjście już od wakacji…
    Albo łagodniejszy objaw złośliwości – postanawiają niespać przez pół nocy, właśnie wtedy gdy rodzice robia na wieczór plany – co zrobią jak mały zasnie… – nawet gdy te plany ograniczają sie do piwa na pół i połowy filmu, bo na nic więcej nie ma sily…

    Tak więc dom stał się głównie areną walki o sen i zachowanie zdrowych zmysłów ;P

}